Strona:Antoni Czechow - Nowele.djvu/316

Ta strona została uwierzytelniona.

trzyma za rękę obcego mężczyznę i czule na niego spogląda. Moja siostra, to nerwowe, wystraszone, przygnębione stworzenie, kocha człowieka, który już ma żonę i dzieci! Coś mnie ścisnęło za serce, ale dlaczego nie wiem; obecność doktora była mi wprost przykrą i nie mogłem zrozumieć czem się ta miłość skończyć może.


XV.


Jechaliśmy we dwoje z Maszą do Kuryłówki na uroczystość poświęcenia szkoły.
— Jesień, jesień, jesień... — mówiła cicho Masza, rozglądając się dokoła. — Lato już przeszło. Ptaków niema, a z drzew już się tylko wierzby zielenią.
Tak, przeszło lato. Nadeszły jasne, ciepłe dni, ale ranki są chłodne, pastuchy wychodzą w kożuszkach, a w naszym ogrodzie rosa przez cały dzień nie wysycha na astrach. Słychać ciągle jakieś żałosne dźwięki i trudno rozpoznać, czy to skrzypią zardzewiałe zawiasy, czy też lecą w górze żórawie — robi się przyjemnie na duszy i tak się pragnie życia, użycia!...
— Przeszło lato... — mówiła Masza. — Możemy się teraz obrachować. Pracowaliśmy dużo, myśleliśmy dużo, udoskonaliliśmy się przez to, bardzo to dla nas zaszczytne, praca nad własnem udoskonaleniem udała nam się szczęśliwie, ale czy te nasze postępy miały dodatni wpływ na otaczające nas życie, czy przyniosły chociaż komukolwiek korzyść? Nie. Ciemnota, brud fizyczny, pijaństwo, zatrważająca śmiertelność między dziećmi — wszystko zostało, tak jak było, i przez to, żeś ty orał i siał, a ja traciłam pieniądze i czytałam książki nic dobrego nie zrobiliśmy. Widocznie, pracowaliśmy tylko dla siebie i myśleliśmy wyłącznie o sobie.
Podobne uwagi mieszały mnie i nie wiedziałem co myśleć.