Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.

Jeźdźcy mieli piękne konie górskie o cudnych, kościstych głowach i cienkich, śmigłych nogach, a byli dobrze uzbrojeni w długie skałkowe karabiny, ozdobione srebrem i perłową masą, prochownice z cyzelowanej miedzi, haftowane, skórzane sakwy-„czakras“ z pełnym ładunkiem kul i za pasami krzywe „kumia“ obosieczne, do sierpów podobne handżary.
Oddział posuwał się szybko naprzód, i białe lekkie burnusy, jak skrzydła drapieżnych ptaków, miotały się nad pochylonymi do końskich karków jeźdźcami.
Gdy droga wcisnęła się w głęboki wąwóz, wcinający się w spadki Dżebel Orak, jeźdźcy wstrzymali konie, zeskoczyli z siodeł i, zwróciwszy rumaki pyskami ku wyjściu z wąwozu, wydali krótki, chrapliwy krzyk. Wierzchowce, nawykłe do głosów swych panów, wspinały się na zadnie nogi i, jak strzały, wypuszczone z łuku, pomknęły przebytą już drogą do domu.
Jeźdźcy tymczasem obejrzeli miejscowość i ukryli się za kupami zwałów skalnych i w wyrwach z obydwuch stron drogi.
W wąwozie zaległa i zaczaiła się cisza. Najbardziej czujny człowiek nie zauważyłby obecności ośmiu uzbrojonych ludzi, czyhających za skałami.
— Ras ben Hoggar! — rozległo się ciche wołanie z poza kamieni.
— Co powiesz, Ahmedzie! — odpowiedział jeden z zaczajonych Szleu.
— Czy dobre wybraliśmy miejsce na zasadzkę?
— Lepszego nie znajdziemy na całej drodze! — odparł Ras i zapytał: — Czy wygodne macie do strzału kryjówki, towarzysze?
— Zupełnie dobre! — odpowiedzieli inni. — Widzimy z nich drogę aż do zakrętu nad potokiem.