Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.

od Tazy przedzierać się jęli wprost, jak sierpem rzucił, ku Riffowi, kryjąc się w górach przed patrolami Francuzów, posiadających tu „swe oczy“, czyli małe posterunki warowne, pomagające ludności w rozwoju uprawy roli, handlu i ogólnej cywilizacji, baczne jednak na wszystko, co się działo w pobliżu hiszpańskiego Marokka, a gotowe w każdej chwili bronić praw Francji i spokoju na terytorjum swego sojusznika — sułtana Mulej Jussefa.
Dobrze znający cały kraj, a przebiegły i czujny Szorf ben Ihudi przedostał się ze swoim towarzyszem i wielbłądami przez łańcuch placówek strażniczych i już w Riffie wynurzył się na wielką drogę, gdzie został porwany przez patrole powstańcze i odstawiony do głównej kwatery wodza.
Tegoż wieczoru Ras otrzymał zwróconą mu część znalezionych i odebranych skarbów, oraz sutą zapłatę od Abd-el-Krima i padł do nóg marabutowi
— Sidi! — błagał. — Uczyniłem wszystko, co mogłem, ścisnąłem swoje serce żelaznemi obręczami, zdławiłem w sobie ból, rozpacz, łzy i krzyki przekleństwa... Teraz muszę odjechać, bo inaczej oszaleję, oszaleję, sidi! Nie zaznam spokoju, aż nie pomszczę swej żony i utraconego szczęścia...
— Powinieneś ratować swoją Aziza! — rzekł marabut — rozumiem wszystko. Idź i niech pomoc Allaha będzie z tobą zawsze!
— Dziękuję ci z głębi mego biednego serca, dobry sidi! — zawołał Ras, całując marabuta w rękę. — Będę szukał Aziza, chociażby ukryli ją pod ziemią, znajdę — żywą czy umarłą!... Sidi... sidi!
Góral zaczął słaniać się i chwytać drżącemi rękoma za stroskaną głowę.
Gdy uspokoił się, wsiadł na wielbłąda i ruszył w drogę. Przed nim wznosiły się łańcuch górskie, coraz wyższe i wspanialsze, aż zaczęły wieńczyć je