Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/34

Ta strona została uwierzytelniona.

nieraz w życiu przydać, młody by... kochany przyjacielu.
— Doskonale, że się poprawiłeś, Soff, — zaśmiał się góral, — i to, że nauczysz mnie swego fachu.
Tego wieczoru stary wyga rozpoczął naukę.
Po wieczerzy, siedząc przy ognisku, wystrząsnął z worka dwa węże. Ujrzawszy je, Ras skoczył na równe nogi i odbiegł od ogniska.
— Przecież to jadowita „bham!“[1] — krzyknął przerażony.
— Tak! to „bham“ — odparł spokojnie Soff.
Mówiąc to, zaklinacz wyciągnął dłoń nad wężem. Ten podniósł swoją płaską głowę z szeroką paszczą i bacznie śledził za ruchami człowieka. Soff tymczasem ruszał palcami i trzymał drżącą rękę nad głową wipery. Wszystkie ruchy dłoni były powolne i miarowe, a ręka coraz bardziej się zniżała, aż zaklinacz szybkim ruchem dotknął głowy węża i, przycisnąwszy ją do ziemi, drugą ręką zaczął gładzić płaza od szyi aż do końca ogona. Gładził lekko i bardzo powolnie, aż wąż zaczął zżymać się i drżeć, przymknął oczy i raz po raz oblizywał się błyskawicznymi ruchami długiego i cienkiego języka.
— Lubią one to! — szepnął Soff. — Zaraz uśnie...
Istotnie po chwili wąż leżał nieruchomo, nie dając znaków życia. Soff wziął go do rąk, przybliżył do swej twarzy straszliwą, jadowitą paszczę węża, owinął nim swój zawój, rzucał go kilka razy na ziemię, niby grubą kiszką gumową, i znowu brał do rąk.

— Śmiały z ciebie człowiek! — zawołał zdumiony Ras.

  1. Tak nazywają górale Atlasu węża — wiperę — Vipera Mauritanica.