Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/64

Ta strona została uwierzytelniona.

klienta i jego głośne i niecierpliwe wykrzykniki. Kilku małych chłopaków plotło powrozy z konopi i długich pasem suchej trawy alfa; dwie stare kobiety, podkasawszy koszule wyżej kolan, szerokiemi nożami ścinały ze świeżo zdartej skóry wołowej resztki mięsa i tłuszczu; chodził powolnym krokiem, wykrzykując i dzwoniąc w przeraźliwy dzwonek i blaszane kubki, handlarz wodą, noszący ją w worze, uszytym ze skóry koziej, włosiem nazewnątrz. Lecz tu na dziedzińcu fonduka było stosunkowo cicho i tylko czasami zaczynały jękliwie łkać zmordowane, głodne wielbłądy lub ryczały, niby wołając o pomoc, zawsze ponure muły.
Gwar płynął z małych izb, których drzwi wychodziły wprost na podwórze, i z galerji na piętrze, gdzie Ras spostrzegł szereg wejść, ukrytych za poruszanemi wiatrem brudnemi płachtami... Tysiące dźwięków czyniły ten niemilknący, pomieszany i pogmatwany gwar i huczenie. Cienkie zawodzenie modlących się pątników, odbywających religijną pielgrzymkę do świętych dla muzułmanina miejsc, odgłosy trąb, klarnetów i bębenków orkiestry, odprowadzającej „hadżów“[1]; kłótliwe głosy graczy w karty, kości i warcaby, niezrozumiałe wykrzykniki, półobłędne i dzikie, przejmujące Rasa lękiem i odrazą; przeciągłe, ponure pienia niewidzialnych kobiet, klaskanie kastanjet, tupot tańczących nóg i skoczne tony fletu i tamburynów; jęki i skamłania meskinów[2]; brzęk naczynia, śmiechy, plusk wylewanej wody i łoskot rzucanych ciężarów...
Góral był oszołomiony i ogłuszony.

Szukając swego towarzysza, zaglądał do izb, wychodzących na podwórze, i wtedy dopiero zro-

  1. Muzułmanin, odbywający podróż do Mekki.
  2. Żebraków.