Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/16

Ta strona została przepisana.

na pokładzie „Nadziei“, a wzrok żeglarzy pędził przed nią ku nieznanej północnej pustyni morskiej.
Rzeka stawała się coraz szerszą i burzliwszą. Już dawno znikły lasy i zewsząd do brzegów cisnęły się torfowiska północnej tundry, z taflami większych i mniejszych jezior i zaroślami trzcin i sitowia. Chmury wodnego ptactwa unosiły się nad tą ziemią, zapomnianą przez naturę, i tu się gnieździć zaczynały. Czasami śród niewysokich krzaków karłowatej brzeziny czołgał się biały północny lis, lub mknął biały zając, wystraszony pluskiem fal.
Pewnego razu, gdy świt przedarł się przez ciężkie chmury i zwoje mrocznej nocy, stojący przy sterze Lindensztadt wydał radosny okrzyk:
— Morze! Morze!
Radkiewicz wybiegł z kajuty i obejrzał okolice. „Nadzieja“ płynęła przez bezbrzeżną przestrzeń spienionej żółtej wody, z której wynurzały się od czasu do czasu porwane z południa drzewa, a nawet belki zburzonych przez powódź zabudowań wieśniaczych i resztki strzaskanych łodzi, przyniesionych zdaleka.
— To jeszcze nie morze! — oznajmił Radkiewicz. — To dopiero zatoka, do której wpada rzeka.
Mówiąc to, zaczerpnął wiaderkiem wodę i spróbował. Woda była ledwie słona.
Radkiewicz przyniósł mapę i zaczął ją rozglądać. Spojrzał na kompas i zadecydował, że