Strona:Antychryst.djvu/253

Ta strona została przepisana.

Obaj heretycy, głosząc swoją naukę, powoływali się na niedawno wydane ukazy cara: »Teraz u nas w Moskwie, mówili, każdemu chwała Bogu, wolno wierzyć w taką wiarę, jaką sobie wybierze«.
— Wedle ich nauki — mówił Fedoska z takim dwuznacznym uśmiechem, że nie podobna było wyrozumieć czy potępia herezyę, czy też jej współczuje — wiara prawdziwa poznaje się z pism świętych i uczynków dobrych a nie z cudów i podań ludzkich. Można być zbawionym w każdej wierze, wedle słów apostoła: ten, co czyni prawdę, podoba się Bogu w każdym narodzie.
— Bardzo to rozumnie — zauważył Piotr i uśmiech mnicha odzwierciedlił się w takimż uśmiechu cara. Rozumieli się nawzajem bez słów.
— A ikony zaś, twierdzą owi heretycy, dzieła rąk ludzkich, są to bałwany — ciągnął dalej Fedoska. — Wymalowane deski jakim sposobem mają cuda sprawiać? Rzućcie je w ogień — spalą się jak każde drzewo. Nie ikonom na ziemi, a Bogu w niebiesiech cześć oddawać trzeba. A któż to im, owym świętym pańskim dał takie długie uszy, aby z nieba słyszeć mogli modlitwy ludzi na ziemi? A jeśli, mówią owi heretycy, zabiją komu syna kijem albo nożem, to ojciec zabitego jakże ma miłować kij albo nóż? Tako i Bóg jakże ma miłować drzewo, na którym zawieszono jego Syna? A dla czegóż to, pytają oni, czcicie Bogarodzicę? Podobna ona do worka pustego, napeł-