Strona:Antychryst.djvu/300

Ta strona została przepisana.

cie, jedyne oblicze prawdziwego Kościoła bożego?...
Aleksy patrzał to na niebo brudne, to na czerwone oblicze popa. I tu i tam było coś płaskiego, wiecznie pospolitego, co zawsze jest, zawsze rzeczywiste, a jednak bardziej widmowe niż najdziksze przewidzenia. I pustka była w jego sercu i nuda była straszliwa jak śmierć.
I znów tak jak wtedy zadźwięczał dzwonek naprzód głucho w dali, potem coraz głośniej i bliżej.
Carewicz przysłuchiwał się z niepokojem.
— Jedzie ktoś — rzekł O. Jakób — czy nie tu?
Dał się słyszeć odgłos kopyt końskich, chlapiących w kałużach stajałego śniegu, skrzypienie sań o gołe kamienie, i głosy na ganku, i kroki w sieni. Drzwi się otworzyły i wszedł olbrzym z czerwoną, głupią twarzą, przedstawiającą dziwną mięszaninę legionisty rzymskiego i durnego Iwanuszki rosyjskiego. Był to adjutant cara, kapitan gwardyi preobreżeńskiej, Aleksander Iwanowicz Rumiancew.
Podał list carewiczowi. Ten go rozpieczętował i przeczytał:
»Synu, zechciej być u nas jutro w pałacu Zimowym. — Piotr«.
Aleksy nie przeraził się, ani zadziwił, jakby naprzód wiedział o tem spotkaniu z ojcem i jakby mu to było całkiem obojętne.
Tej nocy przyśnił się carewiczowi sen, który nieraz już śnił mu się, a zawsze jednaki.