Strona:Antychryst.djvu/332

Ta strona została przepisana.

nemi, które kładą do pieca dla zapachu. Światło dzienne, przenikając przez mikę szyb, staje się bursztynowo-żółtem. Wszędzie palą się lampki. Aloszy nieco ckliwo, ale miło i przytulnie; jakby drzemał w pół odurzeniu i nie mógł się obudzić na dobre.
Drzemie, słuchając jednostajnych rozmów o tem, jak dom swój po Bożemu trzeba urządzić aby wszystko było oczyszczone, uprzątnięte, wymiecione, strzeżone od wszelkiej szkody — aby nic nie zapleśniało, nie zgnoiło się — aby wszystko było zamknięte, nierozrzucone, chronione przed złodziejami — aby temu, co dobre, oddana była cześć, a temu, co złe, wymierzona kara — i jako okrajki winny być starannie chowane, i jak rybę na rożnie trzeba obracać, jak grzybki marynować i solić; — jak trzeba chować wiarę w nierozdzielną Trójcę Świętą.
Drzemie przy dźwiękach drumli, na której grają ślepi grajkowie, śpiewając stare byliny; drzemie przy opowieściach stuletnich bajarzy, którzy bawili niegdyś jeszcze jego dziada, »najcichszego« cara Aleksego Michajłowicza. Drzemie i śni na jawie, przysłuchując się opowiadaniom pielgrzymów, wędrownych żebraków: o górze Atosie, spiczastej jako szyszka jodłowa — a na samym jej wierzchołku ponad obłokami stoi Matka Boża, Bogarodzica Przeczysta i odblaskiem płaszcza swego górę całą oświeca — o Szymonie Słupniku, który sam ciało swoje gnojąc, toczony jest