Strona:Antychryst.djvu/62

Ta strona została przepisana.

Wszyscy milczeli. Ktoś jakby jęknął głucho, zapewne pijany przez sen; ktoś zachichotał tak niespodzianie i dziwnie, że inni obejrzeli się na niego prawie ze strachem.
Aleksy od dawna zbierał się wyjść; ale był jakby sparaliżowany, jakby we śnie, gdy człowiek zrywa się do biegu, a nogi się nie ruszają, chce krzyknąć, a głosu mu nie staje. W tym osłupieniu stał i patrzał, jak Fedoska trzymał świecę, jak zręcznie i szybko ręce cara poruszały się po powierzchni obrazu, jak łzy sączyły się po smutnem obliczu Bogarodzicy, a nad tem wszystkiem bielało nagie, straszliwe, kuszące ciało Wenery. Patrzał — i troska podobna do trwogi śmiertelnej zrywała się w jego sercu, ściskała go za gardło i zdało mu się, że to co się tu dzieje, nie będzie miało końca, że zawsze było, jest i będzie przez wieczność całą.
Nagle zajaśniała oślepiająca błyskawica, jakby nad głowami ucztujących otworzyła się otchłań ognia. Równocześnie dał się słyszeć krótki, lecz tak ogłuszający trzask gromu, jakby sklepienie niebios nad nimi się zapadało.
Wraz po blasku nastał mrok, czarny, nieprzejrzany. I w tej czarności zawyła, zaświstała, zahuczała burza z wichrem, podobnym do huraganu, z deszczem i z gradem.
W galeryi nastąpiło zamieszanie. Dały się słyszeć przenikliwe piski niewieście. Jedna z kobiet poczęła spazmatycznie krzyczeć, płakać, śmiać się.