Strona:Antychryst.djvu/68

Ta strona została przepisana.

niły się i widać było brzegi z nizkimi budynkami składów towarowych i spichlerzy lnu. Zdala, na przeciwległym brzegu, pomiędzy drzewami ogrodu letniego, błyszczały światła illuminacyi. Z wysp poblizkich napływały oddechy późnej wiosny: zapachy sosny, brzozy i osiny. Mała gromadka ludzi na płaskiej, czerniejącej na wodzie tratwie, oświecona czerwonem światłem, pomiędzy czarnemi burzliwemi chmurami i czarną, gładką powierzchnią rzeki, wydawała się samotną, zagubioną, wiszącą w powietrzu pomiędzy dwoma niebiosami, dwoma przepaściami.
Skoro wszyscy umilkli, nastała cisza; słychać było tylko cichy plusk wody o brzegi tratwy, a z drugiego jej końca dochodziła jednostajna, smętna pieśń Iwanuszki.
— A cóż moje sokoły — zaczęła opętana Kilikia, młoda jeszcze kobieta z przeźroczystą, jakby woskową twarzą i z odmrożonemi (chodziła zawsze boso w najsroższe mrozy) straszliwie czarnemi nogami, przypominającemi korzenie starego drzewa. — A cóż, prawda li to, co ludzie mówią i tutaj nawet w Petersburgu na rynku: cara teraz na Rusi nie ma wcale, a ten co jest car, to nie prawdziwy, nie ruskiego rodu i nie carskiej krwi, ale lubo niemiecki syn lubo Szwed jakiś.
— Nie Szwed, nie Niemiec, ale żyd przeklęty z pokolenia Danowa — oznajmił stary Korneli.