Strona:Antychryst.djvu/71

Ta strona została przepisana.

— I carewicza ku sobie chce skłonić, ale carewicz go nie słucha. To też chce go tronu pozbawić.
— O Boże! Boże! jakie czasy nastały: ojciec na syna, a syn na ojca!
— Co on mu tam za ojciec. Sam carewicz mówi, że to nie ojciec mój ani car.
— Car Niemców miłuje, a carewicz niecierpi ich. Dajcie mi, mówi, czasu, już ja ich przepędzę. Przychodzi do niego Niemiec i gada nie wiedzieć jakie słowa, a carewicz na nim odzież spalił i samego oparzył. Niemiec poskarżył się carowi, a ten powiedział: po co do niego chodzicie? Dopóki ja żyję i wy żyjecie.
— Tak jest! Wszyscy mówią: skoro na carstwie zasiądzie miłościwy nasz pan, Aleksy Piotrowicz, wtedy car Piotr Aleksiewicz precz sobie pójdzie, a z nim i wszyscy inni.
— Prawdziwie, prawdziwie tak! — przytakiwały radosne głosy. — Carewicz dba o dawne rzeczy.
— Człek bogomyślny!
— Nadzieja rosyjska!
— Wiele baśni babskich krąży teraz w narodzie. Wszystkiemu wierzyć nie można — prze mówił Iwan Budłow i wszyscy mimowoli poczęli pilnie słuchać jego spokojnych i trzeźwych słów. — A ja powiem: Szwed-li on, Niemiec, czy żyd — czort jego wie, co on za jeden, ale to pewna, że odkąd go Bóg na carstwie posadził, jasnych dni my nie zaznali. Coraz ciężej na świecie, i ode-