Strona:Arthur Howden Smith - Złoto z Porto Bello.djvu/126

Ta strona została skorygowana.




ROZDZIAŁ VIII.
Rojenia starego nieszczęśnika.

Dziadek, okazując po sobie niesmak, rzucił się w krzesło i wsączył nieco gorzałki do szklanki.
— Phi! — zawołał. — Czasami bierze mnie obrzydzenie do tej kompanji, z którą chcąc nie chcąc trzymać się muszę.
Uderzył w srebrny dzwonek; do kajuty wbiegł hajduczek.
— Gunn, — ozwał się doń mój dziadek — czekamy na jadło, jakie zamówiłem. Ale zatrzymaj się jeszcze. Otwórz okno, zanim wyjdziesz. To miejsce czuć stęchlizną upadłego honoru.
Zaśmiałem się, on zaś odjął szkankę od ust, spoglądając na mnie z ponad jej krawędzi, jakgdyby zdziwiony.
— Czy to moje powiedzenie daje ci powód do wesołości, Robercie?
— Widzę, że w tym wypadku jestem z waszmością najzupełniej zgodny — odparłem. — Waćpan masz rację. To miejsce istotnie czuć skalaniem honoru.
— Aha!
Wychylił resztę napitku, otarł starannie usta i odstawił szklankę.
— Zdaje mi się, że aść starasz się być uszczypliwy — ozwał się po chwili. — Jest to rozrywka, zazwyczaj ulubiona młokosom.
— Nie — odpowiedziałem; — chciałem jedynie powiedzieć waszmości, że masz takie prawo mówić o swoim honorze, jak ten człowiek, co tu był przed chwilą.

114