Strona:Arthur Howden Smith - Złoto z Porto Bello.djvu/56

Ta strona została skorygowana.

— Dajmy temu spokój! — zawołał, czyniąc gest wspaniałomyślny. — Do czegóż to zamierza? Jestem, panie łaskawy, tem czem jestem... a nadejdzie dzień, gdy stanę narówni z najwyższymi.
I z wielką dumą wyprostował się w krześle, ale ojciec mój odrzekł z tą samą oschłą zgryźliwością:
— I to słyszałem dawniej. Raz, pamiętam, spodziewałeś się, że zostaniesz księciem, ciągnąc niecne zyski z knowań Jakobitów. Tak, za godność para[1] chciałeś zrujnować kraj rodzony, sprzedać go Francuzom. Teraz, jak przypuszczam, uczyniłbyś to znowu chętnie.
— A tybyś co uczynił?
Murray zażył znów szczyptę tabaki.
— Szczęście mi nie dopisało, choć ty sam i ten oto niemrawy Piotr wiecie dobrze, jak niewiele mi brakło do powodzenia.
Ja! — pisnął Piotr, wciąż zajęty łupaniem orzechów i powolnem żuciem ich jądra.
— Miałem szczęście iście djabelne! — mówił dalej Murray, nie zwracając uwagi na Holendra. — W roku 1745 byłem o pół świata oddalony od placu boju, bo na Karaibach było ku mojej rozrywce zawiele krążowników. Zanim zdołałem powrócić, królewicz przegrał wojnę i zginął. Hańba! Według mnie...
— Według waszmości, powinno się było wydać go rządowi za nagrodą trzydziestu tysięcy funtów, którą ofiarował Cumberland, — rzekł mój ojciec.
Murray przybrał minę obrażoną.
— Oskarżano mnie o wiele rzeczy, — odpowiedział, — ale nigdy o niewierność względem króla Jakóba lub jego synów!
— Prawda! — potwierdził mój ojciec, — nicbyś waszmość na tem nie zyskał. Wszystkie twoje korzyści płynęły z innej strony.
— Słowa aścine są niesłuszne — ozwał się Murray, z wyniosłością, jakiej nie okazywał poprzednio. — Zaiste, jeżeli zdarzenia pójdą takim tokiem, jaki przewiduję, dam

  1. Dostojnik, zasiadający w Izbie Wyższej Parlamentu. (Obj. tłum.)
44