Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/236

Ta strona została uwierzytelniona.


Kończę. Wykopaliśmy dół ogromny i legło w nim czterystu trzydziestu jeden żołnierzy z cesarskiej Gwardyi i naszej lekkiej piechoty, a z nimi złożone zostały śmiertelne szczątki Jim’a i Bonawentury de Lissac’a.
Ach, gdybyż można było siać krew bohaterów, jak rzuca się ziarno, jakie dumne wstawałyby plony!
A potem opuściliśmy straszne pola na zawsze i brygada nasz skierowała się ku granicom Francyi. Stamtąd mieliśmy ciągnąć na Paryż.
Przez owe wszystkie lata, — począwszy od bardzo wczesnego dzieciństwa, — przyzwyczajano mię patrzeć na Francuzów, jak na złych do gruntu ludzi, — ponieważ zaś słyszałem o nich jedynie z okazyi bitew i rozlicznych pogromów na lądzie i morzu, nic dziwnego, że mniemanie owo zapuściło korzenie głęboko i skłonny byłem przypisywać im najgorsze rzeczy.
Kto wie, czy tamtym nie opowiadano podobnych okropności o nas, skoro naród angielski oceniali mniej więcej tak samo?
Ale kiedy dostaliśmy się do ich kraju, kiedyśmy ujrzeli śliczne, czyściutkie folwarki i poczciwych wieśniaków, pochłoniętych całkowicie pracą w polu, kobiety robiące pończochy przed domem, na polu, przy drogach, staruszki w szerokich, białych czepcach, gromiące małe dzieci za brak uprzejmości, — życie ich wydało nam się tak pogodnem i pełnem prostoty, że ja osobiście naprzykład, zaczynałem nie rozumieć, czemu i za co nienawidziliśmy tych dobrych ludzi?
I przyszedłem do wniosku, że w rzeczywi-