Strona:Benito Mussolini - Pamiętnik z czasów wojny.djvu/62

Ta strona została przepisana.

Ostrzeliwanie nie trwało długo. Wspomniany pocisk był już finałem epizodu. Powracamy do schronów.
Popołudniu, korzystając z ciszy, nadeszło wielu żołnierzy, chcąc obejrzeć ogromny lej, powstały wskutek wybuchu. Znajduję ciepły jeszcze odłamek, ważący ze dwa kilogramy. Składam go do zbioru mych pamiątek wojennych.
Artylerja wielkokalibrowa powoduje może mniej strat niż działa średniego i małego kalibru, jednakże wywiera bardziej przygnębiające wrażenie na umysłach żołnierzy. Piechociarz czuje się bezbronny i bezsilny wobec tak wielkiej armaty. Gdy artylerja praży nasze pozycje, każdy z nas czuje się jak człowiek skazany na śmierć. Ilekroć wielki szum w powietrzu zapowiada zbliżanie się pocisku, każdy z nas pyta: „Gdzie wybuchnie?“ Przeciwko armatom niczem nie można się bronić — tylko temi mizernemi schronami, które są zgoła niegłębokie, a niebardzo wytrzymałe. Są to poprostu usypiska kamieni, spiętrzone pospołu z bryłami ziemi. Nie można się poruszać, można tylko liczyć wystrzały i czekać, kiedy się skończy ta kanonada. Także i rany, spowodowane przez te działa, wywołują wśród żołnierzy silne podniecenie. Kule karabinowe i broni samoczynnej nie są zazwyczaj tak niebezpieczne jak pociski armatnie. W każdym razie możemy opłakiwać jedną tylko ofiarę: plutonowego 27-go baonu saperskiego; jak mi mówiono, był rodem z Medjolanu. Odłamek 28-mki oberwał mu głowę. Pod wieczór idę po wodę i przechodzę koło miejsca, gdzie go pochowano. Jest to zakątek podskalny, koło skrętu ścieżki górskiej. Na krzyżu, oprócz imienia i nazwiska, widnieje krótki, serdeczny napis, głoszący, że zmarły był dzielnym człowiekiem. U stóp krzyża leży parę widokówek. Na świeżo skopanej ziemi rozsypał ktoś listki i kwiecie. Przy jednym z dwóch drewnianych szałasów odnajduję plutonowego Garbagnatiego, zatrudnio-