Strona:Björnstjerne Björnson - Tomasz Rendalen.djvu/348

Ta strona została przepisana.

inne było bezcelowe, to zaś musiało podziałać odstraszająco. Znała Milę. Szło tylko o to, czy sama znajdzie siły, ale uczuła, że tak jest. Również przyjaciele i przyjaciółki zdecydowani byli towarzyszyć jej. Szło tu nietylko o nią samą, ale o szkołę, Milę, wielką sprawę i dobro tysięcy.
Nikt, a zwłaszcza sama Tora, nie wątpił ani na chwilę, że ukazanie się oblubienicy z dzieckiem na ręku musi odnieść skutek. Od chwili, kiedy Mila jęła płakać, a mimo to została na miejscu, aż do pojawienia się pastora rosło wzburzenie i podniecenie Tory, tak że wzbudziło to obawę jej otoczenia. Z przeciwległego szeregu ławek można ją było dobrze widzieć. Wszyscy uczuli, że teraz musi się stać coś, o czem nie myślała ani Mila, ani nawet Tora, zanim się stało... Tora była Torą i rzeczywiście...
Porucznik Fürst, prowadzony przez konsula Wingarda, stał już przed ołtarzem, a Engel, stąpając ostrożnie po dywanie, prowadził doń córkę. Mila dała się wieść. Druchny układały welon po drodze. Nagle wpadła przed ołtarz Tora.
Spojrzenia wszystkich skierowane były na zmierzającą do ołtarza Milę i zrazu osoby, przed ołtarzem stojące, nie widziały Tory. Odczuto tylko jakby uderzenie fali od tyłu i zaraz przebiegło coś czarnego mimo nich.
Damy krzyknęły, mężczyźni zdrętwieli. Stojący u ołtarza spojrzeli za siebie, konsul Engel zatoczył się wstecz. Pomiędzy nim a córką stała Tora!
— Czy mam położyć przed tobą dziecko? Czy uklękniesz może na mojem dziecku?
— Nie! Nie! — krzyknęła przerażona.
Cofnęła się, wyciągając ręce, uciekła z presbiterjum, a welon, płynął za nią.