Strona:Björnstjerne Björnson - Tomasz Rendalen.djvu/57

Ta strona została przepisana.

i hałasem właśnie wybił siódmą. Łóżko zrobione było ze świeżej, politurowanej brzeziny, pod ścianami zaś stały rzędem stare, podagryczne fotele, o jednej lub dwu dorobionych nogach, niektórym zaś dorobiono nawet nowe oparcia. Ściany pokrywały gęsto obrazy, na których widniało tu i owdzie jakieś czerwonawo-żółte ramię, lub kawałek brunatnej sukni, ale reszta, nikła w jednostajnej ciemni. Na ramach więcej było śladów much, niźli złoceń.
Urywane, łopotliwe słowa drepcącego ciągle Konrada Kurta podobne były całkiem do tej komnaty. Mieszały mu się stare i nowe opowieści o sprawach rodzinnych, ale przeważała starzyzna. Nie brakło też pyszałkowatości. Nie klął, jak syn, i nie miał tej barwności wysłowienia, ale mówił silnym tonem, pokpiwając, to znów strasznie przesadzając chwilami. Sens całej tej gadaniny był taki, że stary ród zeszedł na psy i jeśli ma jeszcze ocaleć resztka dawnego stanu jego posiadania, to należy go zaszczepić na nowym, silnym pniu.
Tomasyna słuchała przeszło przez dwie godziny. Zaniedbała lekcję wieczorną i kolację. Nie chciał jej puścić. Służąca uchyliła drzwi kurytarza i spytała, czy ma nakrywać do stołu, ale Kurt ją odprawił.
Tomasyna znalazła się nakoniec w alei, wśród, nawalnego deszczu i wichru, szarpiącego drzewa. Ogarnęło ją uczucie, jakoby wracała z grobowca, gdzie żyje jeszcze jeden jedyny, samotny człowiek, usługujący zmarłym swoim. Nie miała najmniejszej ochoty zamieszkać w tym grobowcu. Bezwiednie obróciła się„ spojrzała na brudny, ogromny gmach o małych okienkach i mruknęła pod nosem: — Nie! Nie!...
Nazajutrz, wchodząc do jadalni, nie zobaczyła bukietu Johna, jaki tam nawykła widzieć co dnia. Ukłuło