Strona:Björnstjerne Björnson - Tomasz Rendalen.djvu/59

Ta strona została przepisana.

— Nie mam już więc nikogo na całym świecie!
Dodał, że radby z ojcem legnąć w grobie, bo jest ciężarem tym nawet, których kocha.
Potem poszedł. Starą Marjannę wzruszyły jego słowa, powtórzyła je Tomasynie, gdy wróciła, a ona również rozczuliła się. Umyślnie wyszła, bo się go bała i nie miała odwagi być świadkiem wzburzenia, które mogło przybrać nieoczekiwane zgoła formy.
Pożałowała tego, zdjęła okulary, przetarła je, włożyła na nowo i przejrzała się w lustrze. Czyż nie miała dość siły, by się odważyć na ten krok? Brała niejako miarę, czy nadaje się na żonę.
Dziewczęta nosiły wówczas falbaniasty stanik z paskiem i krynolinę. Zsunęła oburącz pasek w dół i przyjrzała się sobie. Za powrotem do domu zdjęła białe, odpinane rękawy, a luźne rękawy sukni pozwalały dostrzec łokcie i ramiona, odcinające się pięknie od czarnej sukni. Własna siła i muskularność napoiły ją dumą.
Ale bezwiednie skierowała oczy na twarz, będącą najsłabszą stroną jej postaci. O jakże była brzydka! Cóż za szkaradny, płaski nos, ogromne usta i wreszcie włosy, niemal tego koloru co czoło, wprost niewidoczne! W dodatku, miast brwi, jasne, krótkie szczecinki, tak cienkie, że trudno wiedzieć, czy istnieją wogóle. Nie, niema potrzeby stroić się... Lubiła Johna Kurta, kochała go może nawet... w dodatku był samotny na świecie... nieszczęśliwy... a ojciec jego posadził ją we własnym fotelu...
W pół godziny potem maszerowała stara Marjanna aleją tak szybko, jak ją tylko nieść mogły nogi. Chwilami jednak przystawała i oglądała dobyty z chustki śliczny, ach jakiż śliczny liścik.