Strona:Björnstjerne Björnson - Tomasz Rendalen.djvu/67

Ta strona została przepisana.

On zaś ostrzegł ją i spytał, co zamierza? Czy może zamyśla pokonać go? Ona... jego? I nagle wykrzyknął:
— Nie boję się wcale twych kocich oczu!
Zaczęła się bójka w starem dworzyszczu Kurtów. John i żona jego walczyli z wszystkich sił. On toczył bój bezlitosny w obronie zagrożonego władztwa i zranionej woli męskiej, jej zaś, męskie niemal siły zdwajała rozpacz. Bili się przy zamkniętych drzwiach i oknach, nie mówiąc słowa. Obalili stół, który padł, miażdżąc i rozlewając wszystko, co na nim było. Poprzewracali krzesła i pchnęli na środek nową sofę. Padli też na ziemię, ale wstali zaraz. W zapale walki potrącili zegar ścienny. Zachwiał się, potem zaś runął Johnowi na plecy i głowę tak, że musiał się wstrzymać dla odzyskania zmysłów. To pozwoliłoby jej dopaść drzwi i zająć lepsze stanowisko, ale nie uczyniła tego. Nie miała już na sobie kawałka całej odzieży, a napoły wydarte włosy zwisały wokoło. Czuła w głowie dotkliwy ból. Przedewszystkiem uwolniła się od resztek krynoliny i cisnęła ją na przewrócony stół tak, że utkwiła między nogami. Czuła że krwawi. Chwycił ją raz paznokciami za twarz i nos i zranił boleśnie.
Zaczęli na nowo. Rzucił ją odrazu na ziemię, ale niewiele mu z tego przyszło. Był niewiele od niej silniejszy i nie umiał walczyć systematycznie, to też stracił zaraz całą przewagę. Uwolniwszy jedną rękę, skoczyła na nogi jak kot.
Wstał powoli, ciężko dysząc. Brakło mu tchu i bliski był omdlenia. Ona stała przed nim w łachmanach i patrzyła, oddychając również gwałtownie, ale silna i nie wyczerpana. Teraz posłyszał jej pierwsze, z trudem wyrzucone słowa.