Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/260

Ta strona została uwierzytelniona.
256
Chata wuja Tomasza

kłopoty i czuwania, jakich wymaga choroba tego miłego dziecięcia, leżą na mnie.
— Sądziłem, że nasza kuzynka — odrzekł Saint-Clare — uwolniła ciebie od tego kłopotu.
— Mówisz, jak każdy mężczyzna; jakby matka mogła się kim wyręczyć w troskliwości około swego dziecka w podobnem położeniu! Ty nie pojmujesz, ile ja cierpię; nie mogę być tak obojętną, jak ty...
Saint-Clare rozśmiał się. Darujcie mu, że mógł się jeszcze śmiać. Spokojne były ostatnie chwile pielgrzymki tej młodej duszyczki; lekki, boski podmuch gnał łódkę ku niebieskiej przystani. Niepodobna było wierzyć w przybliżającą się śmierć. Dziecię nie czuło żadnej boleści, tylko cichą, niewidomie zwolna zwrastającą słabość. Widząc ją tak czarującą, przepełnioną miłością, wiarą i nadzieją lepszego szczęścia, nikt nie mógł się oprzeć wpływowi tej czystej, pełnej spokoju atmosferze, która ją otaczała. Saint-Clare uczuł w swej duszy jakiś dziwny spokój. Nie była to nadzieja, bo już jej być nie mogło, nie było też poddania się, lecz spokojne przejęcie się teraźniejszością, tak, że nawet nie myślał o przyszłości. To słodki odpoczynek, jaki się czuje w jesieni, gdy wpośród wielkiego, cichego lasu, patrząc na drgające różowo lśniące liście, na ostatnie kwiatki pochylone nad brzegiem ruczaju, dusza się napawa rozkoszą, a tem chętniej, iż czuje, że prędko, bardzo prędko uschną.
Ewunia zwierzała się najchętniej Tomaszowi, swemu przyjacielowi, który ją tak często nosił. Mówiła mu i to, czegoby nie powiedziała ojcu, bojąc się go zatrwożyć. Powierzała te tajemnicze, prorocze przeczucia, jakie drgają w duszy, w miarę, jak węzły łączące ją z ciałem zaczynają słabnąć i dusza gotuje się do opuszczenia swego ziemskiego więzienia.
Tomasz przestał nocować w swoim pokoiku, przepędzał noce na werandzie, gotów na każde zawołanie.
— Ojcze Tomaszu, co za dziwna fantazja u ciebie — spać byle gdzie jak pies — rzekła panna Ofelja. — Sądziłam, że jako człowiek porządny, lubisz wygodnie, na posłaniu.
— Tak, pani, dawniej — odpowiadał tajemniczo Tomasz — dawniej!... lecz teraz...
— No i cóż takiego jest teraz?
— Mówmy ciszej, pan Saint-Clare nie powinien tego słyszeć, bo to wie pani, że trzeba, aby ktokolwiek był w pogotowiu, gdyby Pan Bóg powołał...
— A czyż ci, Tomaszu, Ewunia mówiła, że jej gorzej?
— Nie, lecz dziś rano powiedziała, że bliski jest czas...
Było to około godziny jedenastej wieczorem, gdy panna Ofelja, skończywszy wszystkie przygotowania na noc, chcąc zamknąć zewnętrzne drzwi, ujrzała Tomasza leżącego na progu.
Panna Ofelja nie była zbyt wraźliwych nerwów, jednak głos Tomasza pełen powagi i szczerości zastanowił ją.
Ewunia była przez cały wieczór weselszą niż zwykle; siedziała na swej pościółce, przeglądała wszystkie swoje małe bogactwa i przeznaczała każdemu ze swych przyjaciół tę lub ową drobnostkę. Od dawna nie była tak ożywioną, nie miała głosu tak silnego i naturalnego.