Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/321

Ta strona została uwierzytelniona.
317
przez Boecker Stove

będę wolny! O! wierzę, że Bóg mię nie opuści; On mię poprowadzi przez męki i cierpienia!
Kassy, nic nie odpowiadając, usiadła ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi.
— Być może, że to prawda! — przemówiła po chwilowem milczeniu — lecz kto uległ, dla tego niema już żadnej nadziei, tak, żadnej! Żyjemy zanurzeni w brudach i błocie, brzydząc się sobą, żądamy śmierci, a nie mamy odwagi sobie jej zadać, choć żadnej już dla nas niema nadziei!... I ona, biedne dziecię, w tym samym jest wieku, w jakim ja byłam!
— Spojrzyj na mnie — mówiła, zwracając się do Tomasza — spojrzyj, patrz, czem jestem. A urodziłam się otoczona bogactwem, zbytkiem. Pamiętam pyszne mieszkanie, w którem będąc dzieckiem, żyłam; ubierano mię zbytkownie, obsypywano mię pieszczotami, pochwałami. Okna salonu wychodziły na ogród, tam ja z moimi braćmi i siostrami biegałam, chowałam się pod pomarańczowemi drzewami. Oddano mię do klasztoru, gdzie mię uczono muzyki, francuskiego, haftowania, jednem słowem wszystkiego, co stanowi dobre wychowanie. W czternastym roku wystąpiłam, aby oddać ostatnią posługę zmarłemu memu ojcu. Umarł on nagle, i kiedy chciano sprzedać jego majętność, przekonano się, że zaledwo wystarcza na spłacenie długów. Kredytorowie spisali inwentarz i w nim mnie pomieścili, ponieważ matka moja była niewolnicą; ojciec mój, chociaż miał szczery zamiar mię uwolnić, nie uczynił tego przed śmiercią. Wiedziałam dobrze, kim byłam, lecz nigdy się nad tem nie zastanawiałam. Kto się mógł spodziewać, aby człowiek pełen siły i zdrowia tak nagle umarł? Na cztery godziny przed śmiercią był pełen życia, była to pierwsza ofiara grasującej w Nowym Orleanie cholery. Nazajutrz po pogrzebie, żona jego ze swemi dziećmi wyjechała na plantację swego ojca. Widziałam, że ze mną dziwnie postępuje, lecz nie mogłam pojąć dlaczego. Młody adwokat, któremu powierzone były interesy, postępował ze mną z wielką względnością. Pewnego wieczora przyprowadził młodego człowieka, który wydał mi się śliczniejszym, niż wszyscy mężczyźni, których dotychczas widziałam. Nigdy nie zapomnę tego wieczora; przechadzałam się z nim po ogrodzie. Byłam smutną, opuszczoną, a on był taki czuły, taki dobry dla mnie. Mówił, że widząc mnie jeszcze przed wstąpieniem do klasztoru, pokochał mię już wówczas, przyrzekał być moim opiekunem, przyjacielem, i nic mi nie mówiąc, zapłacił za mnie dwa tysiące dolarów. — Zostałam więc jego własnością. — Chętnie zgodziłam się być jego niewolnicą, bo go kochałam. Tak, ja go kochałam! — powtórzyła, zatrzymując się na chwilę. — O! i jakże go kocham jeszcze, i do ostatniej chwili życia mego kochać nie przestanę. On był taki szlachetny, taki dobry. Wprowadził mię w przepyszny dom, napełniony niewolnikami; miałam konie, pojazdy, bogate materje, prześliczne klejnoty; co tylko za pieniądze można mieć, wszystkiem tem mię otoczył, choć mało o to dbałam. Byłam zajętą tylko nim; jam go kochała silniej aniżeli duszę moją i nie mogłam mu się oprzeć, miłość odjęła mi siły. Jednegom tylko żądała, abym mogła zostać żoną jego, żoną prawną. Sądziłam, że jeżeli mię tak kocha, jak się zaklinał,