Strona:Boecker-Stove - Chata wuja Tomasza.djvu/42

Ta strona została uwierzytelniona.
38
Chata wuja Tomasza

dlarza zadłużony, że gdy was nie sprzeda, to będzie musiał stracić plantację i wszystkich ludzi i pozostanie bez przytułku z całą rodziną. — Słyszałam, jak dowodził, że musi sprzedać albo ciebie, Tomaszu, i mojego syna, albo wszystkich. Tak go oplątał ten człowiek! Pan mówił, że bardzo tego żałuje... a żebyście słyszeli, jak pani was żałowała! Jeżeli ona nie święta, jeżeli to nie anioł z nieba, to chyba ich niema i nie było na świecie. Źle robię, że ją opuszczam i uciekam, ale cóż począć? Sama mówiła, że dusza ludzka droższa nad wszystkie skarby na świecie. Mój syn ma także duszę, a gdy mi go odbiorą, cóż się stanie z jego biedną duszyczką? Zdaje mi się, że mam słuszność; a jeśli źle robię, to niech mi Bóg przebaczy, bo już nie wiem doprawdy, jak sobie postąpić.
— A ty cóż, stary? — zapytała Klotylda męża. — Czy nie myślisz uciekać? Czekasz może, póki cię nie zwiążą i odstawią na południe, gdzie braci naszych głodem i przeciążeniem pracy niszczą! O lepsza śmierć niż takie życie!... Jeszcze czas, ruszaj z Elżbietą! Masz kartę legitymacyjną, możesz chodzić, gdzie ci się podoba. No, wybieraj się! Tymczasem spakuję ci rzeczy.
— Tomasz podniósł powoli głowę i spojrzał wzrokiem smutnym, lecz spokojnym.
— Nie, nie pójdę — odrzekł. — Elżbieta niech ucieka, uczyni słusznie, nie może i nie powinna zostać, to przeciw naturze; ale słyszała, że trzeba albo mnie sprzedać, albo całe dobra i wszystkich razem — niechże więc lepiej mnie samego spotka nieszczęście. Dla czegóżbym nie miał znosić tego, coby inni znosić musieli? — Z szerokich jego piersi wydobył się jęk bolesny, świadczący, jaką wewnętrzną staczał walkę. — Pan zwykle znajdował mię na właściwem miejscu, zawsze przy pracy na zwykłem stanowisku, i teraz tak będzie. Byłem zawsze uczciwy, nigdy nie nadużył danej mi karty, wierzył mi na słowo, bo słowo u człowieka święte, więc i dziś słowa nie złamię. Toć lepiej niech mnie jednego sprzedadzą, niżby wszystkich los ten miał spotkać. Pan temu nie winien... Klotyldo, on będzie pamiętał o tobie i o tych biednych dziatkach...
Mówiąc to, zwrócił się ku łóżeczku, z którego wyglądały kędzierzawe główki dzieci, spojrzał na nie i głos mu zamarł w krtani; pochylił się nad niemi, a ukrywszy twarz w dłoniach, jęczał urywanym głosem z nadmiaru boleści, a gorzkie łzy przedarły się pomiędzy spracowanemi palcami i płynęły obfitym strumieniem.
Były to łzy, jakiemi i ty, szanowny czytelniku, skropiłeś trumienkę, w której ułożono do snu wiecznego twego jedynaka! Były to łzy, jakieś wylewała, matko, gdyś słyszała po raz ostatni głos twego umierającego dziecięcia, — bo Tomasz był takim samym człowiekiem, jak wy.
A ty, jasna pani, chociaż cię drogie zdobią stroje, przecież jesteś też tylko kobietą, — a w nieszczęściu i cierpieniach odczuwamy wszyscy ból jednakowy.
— Słuchajcie — odezwała się Elżbieta, zatrzymując się w progu, — dopiero dzisiaj widziałam męża mego i nie domyślałam się, co nas spotkać może. Jego tak dręczą, że już mu sił brakuje do znoszenia krzywd: mówił mi, że chce uciec. Postarajcie się, jeżeli to podobna,