Strona:Bogdan Wojdowski - Chleb rzucony umarłym.djvu/287

Ta strona została przepisana.

— Nikt, szlachetny młody człowieku.
— To co nam więcej pozostało?
— Nikt nikomu nie dał takiego prawa.
— Ludzie, trzymajcie mnie — Uri zatoczył głową, zaglądając wszystkim w oczy. — Ogniem, żelazem wypalić czarną zarazę! — Kiedy mówił, wielkie mokre zęby wyłaziły mu na wierzch. — Raz na zawsze!
Dziadek blady, jak po wielkim wysiłku, powiedział cicho i z naciskiem:
— Nie ma „raz na zawsze”.
Uri jeszcze bardziej pochylił się przez stół, patrząc dziadkowi prosto w oczy, nie mogąc wydobyć słowa. Naum odpychał go łagodnie.
— Poczekaj — powiedział i zwrócił się do dziadka: — A ja, ja? Nie umieram raz na zawsze?
— Jonasz...
— Pytam, gdzie szukać mam sprawiedliwości, skoro jej tu nie widzę? — Rękę wyrzucił w stronę okna. — Mało? Jeszcze mało? Ciągle mało?
— Jonasz...
— Pytam, człowiek ma jedno życie?
— Jonasz pytał o to samo. Tak, jedno życie, w szczęściu i w głupocie. W grzechu i w dobroci, w godności i w nędzy tylko jedno życie.
— Ja, człowiek, nie mam więc prawa stanowić o sprawiedliwości, tutaj, na ziemi?
— A ty, który masz gorące serce, wierzysz w ludzką sprawiedliwość, tutaj, na ziemi?
— Wierzę!
— I swoją krzywdę chcesz naprawić cudzą krzywdą?
Ojciec rozjaśnił karbidówkę. Wuj Jehuda zacisnął cienkie usta zmięte gorzko w grymasie zniechęcenia. Prof Baum usiłował szczelniej okręcić się kocem, ująwszy w garść brzegi. Dawid zło-