Strona:Bolesław Prus - Kroniki 1875-1878.djvu/155

Ta strona została uwierzytelniona.

— Tu, ale jej niema.
— Prędko wróci?
— Za trzy miesiące, bo wyjechała do wód.
Zimny pot cię oblał. Idziesz gdzieindziej.
— Czy tu mieszka pani Y.
— Tu, ale wyjechała do wód.
Jesteś jeszcze u kilku protektorek i nie zastajesz żadnej. Dokucza ci głód, pragnienie, przeraża noc, siły opuszczają, a ty ciągle jesteś sama, ciągle bez grosza i ciągle trapiona tą straszliwą myślą: „co robić?... co robić!...“
Grubo się mylisz, panno Zofio, jeżeli sądzisz, żem historyę tę z palca wyssał dlatego, ażeby cię zabawić. Niestety!... patrzyłem na nią własnemi mojemi oczyma, tak jak patrzę teraz na ten papier. Pytam go co robić?... co robić!... a on milczy, bez silny jak i ja w tej chwili.
O ty miasto ślepe i głuche, o ty szczurze, któremu kadzidło pochwał do reszty zamąciło głowę, i ty, ty masz pretensyę do nazwy arcydobroczynnego?... Może dlatego, że tańcujesz, spacerujesz, grasz, śpiewasz i obiady zjadasz na intencyę nędzy wyjątkowej? Może dlatego, żeś dla psów dwa korytka z wodą wystawiło? Może dlatego, że w murach twych żyje bez troski kilkaset rozpustnic i kilka tysięcy próżniaków, którzy nie tylko śpią i jedzą dobrze, ale jeszcze w Saskim ogrodzie zęby potem wykłuwają?
Berlin ma przytułki nocne, Petersburg domy dla nauczycielek — a czy u nas jest coś podobnego? Gdzie u nas podzieje się młoda kobieta, którą los rzucił na nasze bruki, skrzywione skutkiem odrazy,