Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 1 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/012

Ta strona została uwierzytelniona.

się, to ludzie znielubieli. A zwiedzieli się, że znaczy się pański syn za przeproszeniem w teatrze opery odśpiewywał, co to za łabędzia był, czy jak tam...
— Za łabędzia, a jakże — z przekonaniem potwierdził blondyn i wszyscy trzej zachichotali dyskretnie.
— A niechby — ciągnął Madejczyk — choć to nie wychodzi, żeby dyrektor personalny i takie rzeczy, ale nie lubili go, to i krzyknie ten i owy, jak pański syn przez halę przechodzi: — te, łabędź idzie! A kysz, do Łazienek! Spuszczajcie łabędzia na wodę! Kukuryku! i takie insze rzeczy. Ludzie, jak ludzie, pożartować lubieją. Żeby mądry był, toby koło uszu puścił, a on czepiał się i jak kogo przyłapał, to już mu zemsta pisana. Tak i z Dominiakiem było. Jakże można, chłop żonaty, troje dzieci, a i rzemieślnik, sam pan dyrektor wie, pierwszoklaśny i za byle co za bramę... Jego wina, że panu dyrektorowi personalnemu podobało się łabędzia odstawiać?...
Wilhelm Dalcz zaczął mówić. Spokojnie, jasno, dobitnie. Sądzi, że awantury tego rodzaju są niedopuszczalne, że pomimo wszystko nie może dla nich znaleźć usprawiedliwienia, że nie może ulegać takim presjom, lecz wobec tego, co zaszło i w przekonaniu, że się to nie powtórzy, przeniesie swego syna na stanowisko głównego magazyniera.
Delegaci spojrzeli po sobie. Blondyn wzruszył ramionami, Czapiel chrząknął, a Madejczyk powiedział:
— Jeżeli pan dyrektor chce ryzykować...
— Chcę od was otrzymać gwarancję, że porządek nie zostanie naruszony. Mój syn nie będzie teraz miał żadnej styczności z robotnikami i sądzę, że... dla mnie też możecie panowie mieć niejakie względy.
Czepiel pochylił się do Madejczyka i mruknął:
— Niech tam...
— Panie dyrektorze — odezwał się ospowaty — z panem toby my poszli na zgodę, ale niby, jak nam