Strona:Bracia Dalcz i S-ka t. 2 (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/164

Ta strona została uwierzytelniona.

o dwóch rzeczach: o utrzymaniu podwładnych w garści i o wydobywaniu pieniędzy. Nałóg starej szkoły. Każdemu z nich się zdaje, że gotówkę można otrzymać tylko wówczas, gdy się daje pełną gwarancję jej zwrotu. Zwykłe nieporozumienie. Gdy wyjeżdżałem do Ameryki i zaczynałem tę kampanję, rozporządzałem takiemi kwotami, których nie mógłbym pokryć memi aktywami nawet w dziesięciu procentach.
Opuściła głowę. Ogarnęło ją przerażenie. Przypomniały się jej słowa Kolbuszewskiego o takim krachu jakiego jeszcze Polska nie widziała, przypomniała się hipoteka Dalczów i kwit widziany u Blumkiewicza.
— Nie każdemu dają ludzie pieniądze — bąknęła — na piękne oczy.
— Masz, moja droga, rację. Kolbuszewski na swoje prawdopodobnie nie dostałby zbyt wiele, ale mógł wziąć na moje. Co zaś dotyczy upominania się Rządu o wpłaty, miał również wymówkę, że beze mnie nie może decydować, ani udzielać wyjaśnień, bo sam nie wie.
— Zapominasz, że nie wiedział, kiedy wrócisz i czy...
— I czy wogóle djabli mnie nie wzięli? — zaśmiał się i uderzając się dłonią po kolanie, dodał: — wszyscy musieli tak myśleć i do licha, myślą do tej chwili!
W jego głosie zabrzmiało jakby zadowolenie z siebie, jakby przechwałka. Nalał sobie wina, przyjrzał się mu pod światło i powiedział:
— Jednego się obawiałem: że zaczną mnie szukać, że podniosą gwałt. Na szczęście dobrze obliczyłem wytrzymałość ich nerwów.
— Chcieli cię szukać — spojrzała nań i zaraz opuściła oczy — chcieli i byliby już przedwczoraj zrobili alarm, ale sprzeciwiłam się temu.
— Blumkiewicz?
— Tak.
— To, psia krew, tchórz — strzelił palcami — po-