Strona:Bracia Grimm - Baśnie (Niewiadomska).djvu/264

Ta strona została uwierzytelniona.


Lilijka i Różyczka trzymając się za ręce stały o kilka kroków i patrzyły na niego z trwogą i politowaniem. Wtem karzeł zwrócił na nie krwią nabiegłe oczy.
— Czego stoicie próżno? — krzyknął z wielką złością. — Nie możecie mi raczej pomóc? Widzicie przecież, że sobie rady dać nie mogę!
— Biedny karzełku — zawołała Lilijka — pragnęłybyśmy chętnie ci dopomóc ale jak się to stało? kto ci tak dokuczył?
— Kto mi dokuczył? — powtórzył karzełek — a któż mi miał dokuczać? Sam chciałem odłupać z drzewa kilka małych drzazeg, żebym miał przy czym ugotować obiad, ale to śliskie drzewo wymknęło mi się z ręki i ścisnęło tak mocno moją śliczną brodę, że jej wyrwać nie mogę. Przeklęte drzewo! A wy, przebrzydłe dziewczęta, zamiast się gapić ciekawie na moje nieszczęście, pomóżcie mi, bo inaczej...
— Pobiegnę zawołać ludzi — odezwała się Różyczka puszczając rękę siostry.
— Milcz, barania głowo! — wrzasnął karzeł — i ani się waż ruszyć z miejsca! Ludzi mi tu chce sprowadzić! Mało mi was je-