Strona:Bracia Grimm - Baśnie (Niewiadomska).djvu/74

Ta strona została uwierzytelniona.


ło, tchu zabrakło w piersi a nie mając gdzie spocząć na skalistej drodze, zwrócił się znów do starej:
— Zlitujcie się, matulu, dalibóg, nie mogę. Pokażcie, gdzie odpocząć, bo mi sił zabrakło. Nie nawykłem od młodości do noszenia ciężarów, to nie moja praca, kobieto. Daj odpocząć, bo upadnę!
— Śmiej się z tego, mój dobroczyńco, nie zechcesz, to nie upadniesz. Ja idę tak co dzień; a ot i chata niedaleko, już prawie tylko pół drogi.
— To weźcież sobie choć tę wiązkę siana.
— Nie chcę cię krzywdzić, mój poczciwy chłopcze, kiedyś już tyle zarobił, musisz wytrwać do końca. Aj! skaleczyłam nogę ostrym, twardym kamieniem — teraz i mnie jeszcze musisz zanieść do chaty.
To mówiąc jak konik polny skoczyła mu na plecy i usiadła na płachcie z trawą.
Biedny rycerz aż jęknął, a tu stanąć nie można ani na jedną chwilkę, bo ścieżka wąska, spadzista: chwila nieuwagi i wszystko runie w przepaść! Więc szedł w milczeniu, powiedziawszy sobie, że wytrwa, póki