Strona:Bruno Jasieński - Palę Paryż.djvu/293

Ta strona została uwierzytelniona.
II.

Nazajutrz rano, w wielkiej sali byłego ministerstwa wojny, zebrał się naprędce ukonstytuowany na nowo KC. partji.
Dzień był słoneczny i z wiosenna soczysty. Przy długim stole, zielonym, jak murawa, zmięta po niedawnej majówce, z rozrzuconemi tu i tam, jak skorupy od jaj, skrawkami notatek, siedziało trzynastu ludzi w szarych więziennych bluzach. Przez otwarte naoścież okna, wychodzące na plac Zgody, wtargało bezceremonjalnie słońce i przytłumiony rozgwar mas, mityngujących na placu przed gmachem. Atmosfera tej pseudo-wiosennej błogości, przetykana odległemi pogrzmotami zgiełku i gęstą, chluszczącą ulewą oklasków, zrywającą się raptem, by po chwili ustać, nawiewała kwietniowe reminiscencje.
Mówił sekretarz KC., towarzysz Courreau:
— Nie możemy być pewni, czy dżuma nie zdołała już rozszerzyć się poza obręb Paryża. Sądząc jednak z dotychczasowych danych, wszystko zdaje się wskazywać na to, że Paryż otaczają po dawnemu szczelne kordony wojsk, których zadaniem jest całkowite odizolowanie go od reszty Europy. Świadczyłoby to o tem, że dżumę udało się umiejscowić. Nie ulega wątpliwości, że z chwilą, gdy tylko rząd i otaczające nas wojska dowiedzą się, że epidemja w stolicy wygasła, następnego dnia wkroczą do Paryża i wtrącą napowrót do więzień uwolniony kosztem tylu cierpień proletarjat. Do tego pod żadnym pozorem dopuścić nie możemy. Skoro,