Strona:Chimera 1907 z. 28-30.djvu/149

Ta strona została przepisana.
ŚLADEM ROSYNANTA137

Don Kichot.
— ? —
Bohater.

Wstyd?? wstyd? — Ale ty jesteś RYCERZ z DUCHA, ty, co na srebrnym koniu przez Wieczność nas prowadzisz, ty zrozum, że mi wśród piwnic i studzien — skrzydła zgniły!!
Na zwiędłym liściu moich pragnień rumieniec wstydu się pali
Nie wstydź się, duszo moja! zerwij płaszcz i pokaż SFINKSOWI lśniące próchno obnaż ohydę twoją, niech promienne oko TAJNI spojrzy na ten grzyb MIERNEJ CNOTY i MIERNEGO GRZECHU, na ten grzyb, co ślimaczem ciałem, cuchnącą szmatą wżarł się w najskrytsze twe głębie i ciągnie, i pije, i chłepce ostatnie siły, ostatnie żary, ostatnie sny twoje!!
Oto już sił nic mam do konania — — —
Palącą ruiną wali się na mnie wszystko, com dotąd stworzył, lub stworzyć zamierzył — —
Walą się na mnie groby ZMARŁYCH i cmentarzyska współczesnych — —
Aż nagle rozpełzły się myśli moje szeroko, jak ból świata — i niemasz jednego zniszczenia, gdzieby nerwy moje nie dygotały w konaniu
Kamienny, uśmiechniony Sfinks w siebie patrzy i nie czuje, jak mu wszechświat drży pod szponami — —
A potem spokój, bezmierny spokój ohydy
—————————————
Wybaw mię, NICOŚCI, wybacz mojemu NIEPOJĘCIU — — oto modlę się — —

Daleki Chór Schopenhauerystów.

Módl się — i my się modlimy
do ciebie — o, Wszechnirwano!