Strona:Chimera 1907 z. 28-30.djvu/410

Ta strona została uwierzytelniona.
OSTATNI397

pustek krążyły, po ołowianych w odach szukały, wołając niememi głosami, wołając żałośnie.
Ni jeden żagiel się nie wychylał z głębin, ni jednym pluskiem wioseł nie odpowiadała cisza.
Jakieś niewiadome szło ciężko ku sercom strapionym.
Stawało się wokół coś niepojętego.
Oto niebo jakby się nagle rozpadło, szare, olbrzymie cielska chmur runęły z wysokości, jęły się walić na wody i ziemię potwornemi kłębami popiołów rozsypujących się w szare mgły.
Zerwała się nieprzenikniona zamieć, zakłębił się niemy huragan kurzawy. W głuchem, bezdennem milczeniu szare, sypkie mgły zasypywały wszystek świat; podnosiły się z wód rozchwianym tumanem, z lądów ciągnęły kłębiącą się, szarą masą, z nieba, jakby z niewyczerpanych kraterów, buchały słupami bladych dymów, pełzały zwolna, wznosiły się, strzelały spienionemi fontannami, krzewiły się jak puszcza nieprzebyta i nieskończonością zarysów ledwie dojrzanych majacząca, rozlewały się coraz szerzej i płynęły wciąż, nieustannie, cichem, spienionem morzem szarości i smutku.
Kobiety zaczęły się skrzykiwać i błądząc w tumanach zbierały się pod kaplicą; tuliły się do ścian, przysiadały we drzwiach otwartych i nie przestając migotać drutami patrzyły we świat ślepnący z coraz większym niepokojem.
Już wieś utonęła w szarzyźnie, już najwyższe czuby dębów chwiały się nikłemi cieniami jakby z pod wody, menhiry stróżujące od prawieków na wybrżeżach były tylko majaczeniem, a ocean usuwał się zwolna w mętną głąb’, przebłyskując jeszcze niekiedy z pod bielm, jak oko zasypiające, aż się zapadł w tumanach, aż się w końcu wszystko zapadło w szarą, sypką, nieprzeniknioną topiel.
Jakby zetlałe próchno starło się wszystko w proch i przepadło w bezdniach nicości.
Pod kaplicą zaszemrał niekiedy głos trwożny, czasem sabot uderzył, a chwilami skarżyło się żałośnie czyjeś szlochanie.
A potem szły długie, bolesne, ciężkie chwile milczenia.
Nagle, w tej śmiertelnej ciszy rozległ się jakiś dźwięk przenikliwy, jakiś dzwon zadzwonił gdzieś daleko, daleko.
— U świętej Anny dzwonią! — ktoś rzekł.
I zaraz odezwał się drugi dzwon, jakby z głębin wód się wynosił i błądząc w skróś mgieł wołał cicho, żałośnie, długo.
— To u świętego Filiberta, w Treguen dzwonią! — ktoś rzekł.
Potem trzeci zahuczał, jakiś górny, niebosiężny, jakby echem chórów anielskich spływał.