Strona:Chimera 1907 z. 28-30.djvu/474

Ta strona została przepisana.
LIRYKA461

Może wiem, ja biedny płochliwy człowiek, że na wszystko kiedyś spadnie śnieg, i moja pieśń zaklęta w zeschłej główce ostu potoczy się z wiatrem — hen, w śniegowe pola.



∗             ∗

Sto wysmukłych wież i sto głębokich chłodnych cieni z pod arkad odbija się w wodzie.
I wiem, że za wieżami usypia słońce, i wiem, że za miastem wież zasypia wielkie morze. — — —
Siedzę u brzegu cichego kanału, trzymając w ręce półzwiędłą różę.
W takt bicia dalekiego dzwonu, którym co dnia głosi spokój jakaś daleka bazylika, opadają płatki różane.
I budzi się w mojej duszy cień wieczorny, spływa mi na rozkrwawione myśli chłód idącej nocy: — —
Módlmy się bracia wieczorem za biedne więdnące róże,
gdy zadumany bóg nadaje wolniejszy bieg światom,
i gdy myśli boże, w postaciach bladych wędrowców, chodzą po ścieżkach i w odach zasypiającej ziemi.


LIRYKA.

Z chrzęstem zsuwających się żwirów schodzę nad morski brzeg.
Z nikim nie rozmawiam i nikt koło mnie nie idzie.
W dalekich wirach tańczących pian błyska jeno biel odległego księżyca, i szum, długi przeciągły szum tuła się koło mnie.
I przypomina mi się pieśń samotnego ducha, pieśń moja i nocy — — jedna pieśń.
I cóż mnie mogą obchodzić odległe żagle, ciężkie fregaty, z latarniami rozwagi płynące poprzez szum wód.
Żeglarze! — wy, którzy umieściliście na dziobie waszych naw opiekuńcze bóstwo, i płyniecie z niem poprzez wiry do dalekich wysp. Wy wiecie, że tam znajdzie się zawsze człowiek dziki, dziecię ziemi i słońca, z którym waszą kulturalną mową zagaicie korzystny targ.
Da wam ten człowiek za haszysz i wódkę wszystkie swoje