Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/207

Ta strona została przepisana.

koła ust. »Tak więc wygląda ten ich dyktator, trzęsie się cały, ożydział ze strachu« — pomyślał cesarz z nieugaszoną żądzą pogardy.
Poszedł do więźnia bliżej jeszcze i podnosząc wskazujący palec dotknął prawie jego czoła.
— Co to było w tej głowie? — rzekł — że wy z waszem imieniem, z takiej rodziny, weszliście w taką sprawę razem z tą całą hołotą.
Mikołaj miał się sam w tej chwili za Apolla belwederskiego, miażdżącego Tyfona.
— Wy kniaź Trubecki, pułkownik gwardyi, jak wam nie wstyd.
Po chwili pierwsza maska spadła i cesarz przywdział drugą, w miejsce groźnej, sentymentalną, tą samą, którą przymierzał niedawno przed Tollem.
— Taka miła żona! Czy macie dzieci?
— Nie! Wasza cesarska mość.
— To bardzo szczęśliwie, że nie macie dzieci, bo los wasz będzie straszny, straszny.
Pomimo wewnętrznego gniewu Mikołaj był spokojny, wszystko było z góry obmyślone.
— Od czego tak drżycie?
— Zziąbłem najjaśniejszy panie, jechałem tu tylko w mundurze.
— Dlaczego?
— Bo mi ukradli futro.
— Kto?
— Nie wiem. Widocznie w czasie zamięszania przy aresztowaniu; było mnóstwo ludzi — odparł Trubecki i uśmiechnął się, podnosząc oczy; a nie było ani śladu trwogi w tych oczach szarych, wielkich, smutnych i dobrych.
Stał niezręcznie z rękami założonemi w tył.
— Raczcie stać, jak należy, ręce do szwów.