Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/322

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ IV.

— No Bogu dzięki, odpowiedzieliście i rzecz skończona! — mówił do Golicyna O. Piotr, który odwiedził go nazajutrz po przesłuchaniu. — Teraz już wszystko pójdzie gładko. Cesarz daruje wszystkim; sam mówi: »Zadziwię Rosyę i Europę«.
Maleńkie pod nawisłemi powiekami szczeliny oczek, świeciły taką prostoduszną chytrością, że Golicyn spoglądając na niego nie mógł stanowczo rozpoznać, co przeważa, prostota czy przebiegłość.
— Monarcha sam raczył odczytać waszą odpowiedź — objaśniał dalej O. Piotr, z tajemniczem mruganiem. — Jego cesarska mość nabrał wysokiego mniemania o waszych zdolnościach, przeczytawszy wasze pismo.
— No! dość tego Ojcze Piotrze, idźcie już! — rzekł blednąc Golicyn.
Ojciec Piotr nie zrozumiał i spojrzał na niego ze ździwieniem.
— Idźcie! — powtórzył Golicyn, blednąc bardziej jeszcze. — Spełniłem waszą radę, czego więcej chcecie odemnie?
— No! Co to? Co wam? Waleryanie Michajłowiczu, gołąbku drogi? Czego znów na mnie? Za co?
— A! za to, że będąc sługą Chrystusowym, nie wstydzicie się brać na siebie roli podpatrywacza i szpiega.
— Niech was Bóg sądzi książę. Krzywdzicie człowieka, który wam nic prócz dobra nie życzy.
— Won! won! — krzyknął Golicyn, zrywając się i tupiąc nogami.