Strona:D. M. Mereżkowski - Zmartwychwstanie Bogów.djvu/48

Ta strona została skorygowana.

Wszedł paź i zameldował:
— Mistrz Leonard da Vinci!
Bellinciani chwycił papier i uciekł jednemi drzwiami, Leonardo wszedł drugiemi.

VI.

Po zamianie ukłonów, książę mówił z malarzem o nowym kanale Naviglio Sforzesco, który miał połączyć Cesia z Tesstynem, rozchodząc się tysiącem drobnych odnóg, użyźnić łąki, pola i pastwiska Lomelliny.
Da Vinci kierował robotami, choć nie był nadwornym budowniczym, ani nawet nadwornym malarzem, tylko muzykiem — Sonatore di lira. Otrzymał ten tytuł za wynalezienie nowego instrumentu. A ów tytuł był wyższy od godności nadwornego poety, piastowany przez Bellinciana.
Po wyjaśnieniu planów, malarz prosił Księcia o pieniądze na dalsze roboty.
— Ile? — zapytał Ludwik.
— Pięćset sześćdziesiąt sześć dukatów za milę, razem piętnaście tysięcy sto ośmdziesiąt siedm dukatów — wyliczył Leonard.
Książę nachmurzył się. Przypomniał sobie pięćdziesiąt tysięcy dukatów, wyznaczone na przekupienie panów francuskich.
— Za drogo, mistrzu Leonardzie, za drogo — mówił. — Marzy ci się o rzeczach nadzwyczajnych, których nie widziało jeszcze ludzkie oko. Projekty za wspaniałe. Widzisz, Brancante nie żąda tylu pieniędzy, a i on jest budowniczym nielada.
Mistrz wzruszył ramionami.
— Jak się podoba Waszej Miłości — rzekł. — Niech Brancante kieruje robotami.
— No, no, nie gniewaj się. Nie chciałem cię obrazić. Zobaczymy jutro! — rzekł, starając się odwlec decyzyę. Przeglądał zeszyty Leonarda z rysunkami i projektami architektonicznemi.