Strona:Dr Murek zredukowany (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/250

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ja przecie nic złego... Tak tylko, na mój wygląd.
Panienka skinęła głową:
— Pański wygląd obchodzi mię o tyle, że pan bardzo zmizerniał. Czy może pan chorował?
— Całe moje życie jest chorobą.
— I ma pan smutne myśli. Wie pan, co?... Zjemy razem kolację. To będzie cudowne. Tylko niech pan nie liczy na żadne frykasy. Bułki, masło i herbata z mlekiem. To, niestety, wszystko.
— Dla mnie to już są frykasy. Ale cóż ja będę panią objadał!
Próbował się wykręcić, chociaż w gruncie rzeczy miał wielką ochotę pójść do niej. Nie dla jedzenia. Tylko, ot, posiedzieć i porozmawiać z inteligentną dziewczyną, odetchnąć raz od wielu miesięcy innem powietrzem. Poprawdzie poszedłby tam i dawniej, gdyby nie przypuszczał, że ówczesne zaprosiny były tylko chwilowym kaprysem.
Po drodze opowiadał o swoim trybie życia, o warunkach pracy, o sposobach wyszukiwania zarobku, o noclegach na pryczy, o różnych ludziach, z którymi się styka.
Panienka żywo interesowała się wszystkiem. Nie miała dotychczas najmniejszego pojęcia, że tak można egzystować i że tylu biedaków spędza w ten sposób całe życie.
W dużej, nowej kamienicy, winda jeszcze nie była czynna i panna Mika uważała za stosowne przeprosić Murka, że muszą wchodzić własnemi nogami aż na piąte piętro, co ubawiło go bardzo:
— Owszem, nie jestem przyzwyczajony włazić tak wysoko... z pustemi rękami — powiedział wesoło.
Mieszkanko było malutkie: dwa pokoiki i łazienka. Kuchnia mieściła się w niszy, a składała się z dwuch gazowych palników, zlewu i serji garnków. Przekonał się o tem zaraz na wstępie, bo Mika przedewszystkiem przystąpiła do nastawiania wody na herbatę.