Strona:Dr Murek zredukowany (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/251

Ta strona została uwierzytelniona.

W obu pokoikach stało niewiele mebli, było jasno i tak czysto, że Murek krępował się usiąść, by swem ubraniem nie zawalać obicia krzesła.
— Nie mamy ani gramofonu, ani radja — powiedziała Mika. — Zatem musimy rozmawiać. Jak się tu panu podoba?
— Bardzo ładnie i tak zacisznie, że się zapomina o reszcie kamienicy i o istnieniu paru setek ludzi, którzy obok mieszkają.
— Pan tak nie lubi ludzi?
— Kiedyś ich nie znałem — odpowiedział enigmatycznie.
— No, a lubić można tylko tych — zakonkludowała, — których się zna.
— Bardzo mi przykro wobec tego — zażartował Murek — że pani mnie nie lubi.
Potrząsnęła głową:
— Nie udał się panu dowcip, bo przecie pana znam.
— O ile można znać kogoś, widząc go drugi raz w życiu.
— Nawet nie widząc wcale.
— A to w jaki sposób? — zdziwił się.
— Ze słyszenia. Czy nie zdarzyło się panu nigdy słyszeć o sobie wiadomości, powtarzanych przez ludzi, których pan w życiu nie widział?
Murkowi przypomniały się plotki pani Rzepeckiej i przyznał:
— Owszem, ale pani nie zadaje się z takimi, z którymi ja się stykam. Zresztą choćby nawet tak było, to najwyżej dowiedziałaby się pani, że przezywają mnie wśród nich Trzewikiem.
— Jak?
— Trzewikiem.
— Bardzo niemądre przezwisko — skrzywiła się. — Skądże takie powstało?