Strona:Dr Murek zredukowany (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/265

Ta strona została uwierzytelniona.

snobką, że wstydziłaby się pana, dźwigającego ciężary i sypiającego w domach noclegowych?... Czy tak?...
W spokojnym i ciepłym głosie Miki zadźwięczały ostre tony, niemal szyderstwa.
— A czy nie przypuszcza pan, że ten anioł upiększa życie komuś innemu?... Czy nie rozumie pan, że ten anioł nigdy, słyszy pan, nigdy nie potrafi ocenić pańskiego ciężkiego trudu i pańskich zgrubiałych rąk i żadnej pracy?... Czy ten anioł, po rozebraniu się z kosztownych piórek, nie okaże się zwykłym pasorzytem?!...
Na twarz Miki wystąpiły czerwone plamy, oczy straciły swój łagodny wyraz i uderzały gniewnemi spojrzeniami, ręce kurczowo ściskały serwetkę.
On siedział ponury i najgorsze podejrzenia zaczęły go dręczyć. Nie umiał się zdobyć na obronę. Chociaż od wczesnego ranka nie miał nic w ustach, zapomniał o głodzie.
— Pójdę już — zerwał się z kszesła.
Mika opamiętała się:
— Ależ pan nic nie jadł!
— Nie mogę — powiedział szczerze. — Pani powinna to zrozumieć. Nie mogę.
— Co ja narobiłam! — załamała ręce. — Proszę pana! Niech pan tego na serjo nie bierze. Ja bardzo przepraszam. Proszę mi wierzyć, że ja tylko przez życzliwość dla pana...
— Wierzę — mruknął i sięgnął po czapkę.
Mika zastąpiła mu drogę:
— Nie gniewa się pan na mnie?
— Skądże...
— Napewno nie?
— Nie, bo i za co? Mówiła pani od serca... A ja... Ja wolałbym już, żeby było bodaj i to prawdą, bylem nareszcie wiedział... Ach, żebym coś pewnego wiedział...
Chwyciła go za rękę:
— Pan szczerze to mówi? Chce pan?...