Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/132

Ta strona została przepisana.
126
TROILUS I KRESYDA.

Achilles. Zaprzestań...
Tersytes (kończąc). — By wystarczyło na zalepienie uszka w igle Heleny, o którą przyszedł tu bić się.
Achilles. Cicho, ośle!
Tersytes. Co do mnie najchętniej byłbym cicho, ale nie pozwala mi ten osieł, ot, popatrz: ten, tam!
Ajaks. Przeklęty psie! Zobaczysz —
Achilles. Chcesz-że rywalizować w konceptach z błaznem?
Tersytes. Ręczę, ze nie: przyćmiłby go dowcip błazna.
Patroklus. Miarkuj się, Tersytesie!
Achilles. O cóż właściwie wam idzie?
Ajaks. Pytałem tę wstrętną sowę o treść ogłoszenia — on zaś obryzgał mnie w zamian przezwiskami.
Tersytes. Alboż jestem twoim sługą?
Ajaks. Otóż macie go!
Tersytes. Służę tu na ochotnika.
Achilles. Co prawda, przed chwilą wypadłeś z roli, bo nikt na ochotnika nie daje sobie garbować skóry. Ochotnikiem był w tym wypadku Ajaks; ty odrobiłeś swą cząstkę z musu.
Tersytes. Doprawdy! I u was rozum rezyduje przeważnie w ścięgnach. Tak przynajmniej świat twierdzi. Nie bardzo Hektor obłowi się, jeśli któremu z was rozwali czaszkę; gdyby rozłupał pusty orzech, znalazłby to samo.
Achilles. Bierzesz się teraz do mnie?
Tersytes. Macie tu Ulissesa i starego Nestora, któremu rozum spleśniał już wówczas, gdy waszym dziadom nie wyrosły jeszcze paznokcie u palców; oni zaprzęgli was jak wołów do jarzma, abyście zorali pole walki.
Achilles. Co? Co
Tersytes. To, co mówię! Nuże, Achillesie; nuże, Ajaksie!
Ajaks. Wytnę ci ozór!
Tersytes. Na nic to się nie zda: i wtedy jeszcze wymowniejszym hędę od ciebie!