Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 1.djvu/266

Ta strona została przepisana.

Gospod.  On? Niestety! to biedaczyna, nie ma szeląga.
Falstaff.  Co? Biedaczyna? Na twarz mu tylko spojrzej. Co ty nazywasz bogatym? Niech przebiją na monetę nos jego, niech przebiją na monetę jego policzki; nie zapłacę jednego grosza. Co, czy mnie bierzesz za dudka? Toć mi nie wolno wygodzić sobie w mojej własnej gospodzie, żeby mi zaraz nie wypróżniono kieszeni? Straciłem sygnet mojego dziada, czterdzieści grzywien wartający.
Gospod.  Słyszałam księcia powtarzającego nie wiem już ile razy, że sygnet był tombakowy.
Falstaff.  Co, książę? To hołysz, to nicpoń, i gdybym go miał tu pod ręką, obłożyłbym go jak psa kijami, gdyby mi to powiedział. (Wchodzi: książę Henryk i Poins, krokiem marszowym, Falstaff idzie na ich spotkanie udając laską, że gra na piszczałce). Hę? jak to, mój chłopcze, czy na prawdę w tę stronę wiatr wieje? Czy musim wszyscy wymaszerować?
Bardolf.  Tak jest, a dwójkami, zupełnie jak w Newgate.
Gospod.  Racz mi dać posłuchanie, książę.
Ks. Henr.  Co masz mi do powiedzenia, moja pani Żwawińska? Jakże zdrowie twojego męża? Serdecznie go kocham, bo to uczciwy człowiek.
Gospod.  Dobry mój książę, racz mnie wysłuchać.
Falstaff.  Nie zważaj na nią, proszę, słuchaj mnie raczej.
Ks. Henr.  Co chcesz powiedzieć, Jasiu?
Falstaff.  Gdy ostatniej nocy zasnąłem, tu za obiciem wypróżniono mi kieszenie. Dom ten zmienił się na zamtuz, na kwaterę rzezimieszków.
Ks. Henr.  Co straciłeś, Jasiu?
Falstaff.  Czy uwierzysz, Henrysiu? Trzy lub cztery bilety na pięćdziesiąt funtów każdy, prócz tego sygnet mojego dziada.
Ks. Henr.  Bagatela, rzecz nie warta ośmiu groszy.
Gospod.  Właśnie mu to powiedziałam, mości książę, dodając, żem to słyszała z własnych ust waszej dostojności, ale on, mości książę, mówił o tobie w najnieuczciwszych wyrazach, jak się spodziewać należało po czło-