Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 1.djvu/276

Ta strona została przepisana.

już obaj znajdowali. Ale moje hufce już tam dociągnęły; król, mogę cię zapewnić, wygląda nas niecierpliwie; musim całą noc maszerować.
Falstaff.  Ba, bądź o mnie spokojny; jestem czujny jak kot skradający się do śmietany.
Ks. Henr.  Sądzę, że się już kot do śmietany dobrał, bo się jego kradzież w masło już przemieniła. Ale powiedz mi, Jasiu, czyi to ludzie ciągną za nami?
Falstaff.  To moi, Henrysiu, to moi ludzie.
Ks. Henr.  Nigdy jeszcze nie widziałem tak nędznych obszarpańców.
Falstaff.  Ba, ba, dość są dobrzy, aby na ostrzach pik tańcować; karm’ dla prochu, karm’ dla prochu; tak dobrze rów zapełnią jak od nich lepsi; ba, człowieku, śmiertelni ludzie! śmiertelni ludzie!
Westmor.  Bardzo to dobrze, sir John, ale zdaje mi się, że zbyt są biedni i wyschli, zbyt wyglądają na żebraków.
Falstaff.  Co do ich biedy, nie wiem gdzie ją znaleźli; a co do ich wyschłości, jestem pewny, że się jej nie nauczyli odemnie.
Ks. Henr.  Nie, przysięgam, chyba, że nazwiesz wyschłością trzy cale słoniny na żebrach. Ale śpiesz się, przyjacielu, już Percy wyruszył w pole.
Falstaff.  Co? czy król stanął już obozem?
Westmor.  Od dawna; boję się, żebyśmy nie przybyli za późno.
Falstaff.  Idźmy!
Bo przyjść na koniec bitwy, początek wieczerzy,
Gorących znaczy gości, a zimnych żołnierzy.

(Wychodzą).
SCENA III.
Obóz buntowników, niedaleko Shrewsbury.
(Wchodzą: Hotspur, Worcester, Douglas i Vernon).

Hotspur.  Atakujemy tej nocy.
Worcest.  Nie można.
Douglas.  To mu zapewni wyższość.
Worcest.  Żadnej wcale.