W. Sędzia. Chodź ze mną, Gower, ho musisz bez zwłoki
Wracać z odpisem na wręczone listy.
Falstaff. Milordzie —
W. Sędzia. Co takiego?
Falstaff. Panie Gower, czy przyjmiesz moje zaproszenie na obiad?
Gower. Moją jest powinnością towarzyszyć lordowi; dziękuję ci, dobry Sir John.
W. Sędzia. Sir John, zbyt odjazd twój odwlekasz, skoro masz jeszcze robić zaciągi w hrabstwach naddrożnych.
Falstaff. Czy przyjmiesz przynajmniej ze mną wieczerzę, panie Gower?
W. Sędzia. U jakiegoż to głupiego mistrza nauczyłeś się takich manier, Sir John?
Falstaff. Panie Gower, jeśli te maniery nie są mi do twarzy, to głupi, kto mnie ich nauczył. W tem leży cała gracya szermierki, milordzie, cięcie za cięcie i kwita.
W. Sędzia. Niech cię pan Bóg oświeci! Wielki z ciebie głupiec.
Ks. Henr. Wierzaj mi, okrutnie jestem zmęczony.
Poins. Czy być może! Ja myślałem, że zmęczenie nie będzie śmiało przyczepić się do krwi tak szlachetnej.
Ks. Henr. A jednak, możesz mi wierzyć, przyczepiło się do niej, choć to wyznanie może trochę przyćmić blask mojej wielkości. Czy to nie upodlenie dla mnie wzdychać do szklanki podpiwka?
Poins. To prawda; nie godzi się księciu do tego stopnia rozwodniony mieć temperament, aby myśleć o tak wątłym napitku.
Ks. Henr. Zdaje mi się, że mój apetyt nie jest książęcego pochodzenia, bo, na uczciwość, myślę teraz o tem biednem stworzeniu, podpiwku. Niskie te myśli odbie-