Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 12.djvu/117

Ta strona została przepisana.
—   107   —

To miasto pięknym rajem mi się zdało;
Jakże potężna miłości jest siła,
Gdy dziś na piekło niebo me zmieniła!
Lizander.  Wyznam ci całą naszą tajemnicę:
Jutro, gdy Febe ujrzy srebrne lice
W zwierciadle wody, siejąc perły rosy
Na trawę smugów i na złote kłosy,
Opuścim miasto skryci nocy cieniem,
Która kochanków zawsze jest zbawieniem.
Hermia.  Gdzie z tobą nieraz dzień marzyłam cały,
Na łożu, które pierwiosnki usłały,
Myśli z pełnego wylewając łona,
Z moim Lizandrem będę połączona.
A stamtąd społem pobiegniem weseli
Szukać śród obcych nowych przyjacieli.
Bywaj mi zdrowa towarzyszko droga,
Módl się za nami, jak ja proszę Boga,
By ogień, którym płonie twoja dusza,
Zapalił serce twego Demetryusza!
(Do Lizandra) Dotrzymaj słowa; dziś zrzec się nam trzeba
Oczom kochanków najmilszego chleba (wychodzi).
Lizander.  Dotrzymam. — Żegnaj! Niech Bóg w swej dobroci
Twego kochanka serce ci powróci (wychodzi).
Helena.  Jak dziwna ludzkich przeznaczeń różnica!
Mówią, że moje, jak jej piękne lica;
Lecz cóż mi z tego, gdy on, skamieniały
Nie widzi tego, co świat widzi cały!
On błądzi, Hermii ubóstwiając oko,
Ja, cnoty jego ceniąc zbyt wysoko.
Ach, jakże często najlichszemu ciału
Miłość pożycza blasków ideału!
Bo miłość widzi duszą nie oczyma,
Dlatego ślepy Kupido ocz nie ma;
Nie rozum jego kieruje wyborem,
Pędzony żądzą ślepem leci piórem.
Miłość jest dzieckiem, w swoim też wyborze,
Jak dziecko, nieraz omylić się może;
Jak śród igraszki dziecię słowo łamie,