Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 6.djvu/195

Ta strona została przepisana.
—   185   —

Kleopatra.  Wdową? Słyszysz, Charmian?
Posłaniec.  I jak przypuszczam, lat trzydzieści liczy.
Kleopatra.  Twarz jej okrągła czyli też pociągła?
Posłaniec.  Okrągła, pani, do zbytku.
Kleopatra.  Jak mówią,
Okrągłe twarze znaczą głupowatość.
Kolor jej włosów?
Posłaniec.  Ciemny, a jej czoło
Tak nizkie, jakby tego mogła pragnąć.
Kleopatra.  Przyjmij to złoto, przebacz chwilę gniewu,
Postrzegam w tobie niezwykłe zdolności,
Do spraw też wielkich użyć cię zamierzam.
Miej się do drogi, listy już gotowe.

(Wychodzi Posłaniec).

Charmian.  To rzadki człowiek.
Kleopatra.  Prawda i żałuję,
Że w pierwszej chwili tak źle go przyjęłam.
Wnosząc z wszystkiego, co mi opowiedział,
Nie bardzo groźne zda się to stworzenie.
Charmian.  Nie bardzo? wcale.
Kleopatra.  Człowiek ten, rzecz jasna,
Widział majestat, wie, jak o nim sądzić.
Charmian.  Widział majestat? Jakżeby nie widzał,
Gdy w twojej służbie tyle lat przepędził.
Kleopatra.  Jeszcze mam jedno zrobić mu pytanie;
Lecz mniejsza o to; idę list mój skończyc,
I tam go, Charmian, przyprowadzisz do mnie.
Jeszcze się wszystko dobrze może skończyć.
Charmian.  I skończy dobrze, zaręczam ci, pani. (Wychodzą).


SCENA IV.
Ateny. Pokój w domu Antoniusza.
(Wchodzą: Antoniusz, Oktawia).

Antoniusz.  Nie, nie, Oktawio, bo nie na tem koniec!
Gdyby to tylko, łatwobym przebaczył,
Lecz nową zaczął wojnę z Pompejuszem;
Zrobił testament, publicznie go czytał;