Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 6.djvu/228

Ta strona została przepisana.
—   218   —


SCENA X.
Między dwoma obozami.
(Wchodzą: Antoniusz i Skarus z armią).

Antoniusz.  Dziś się do morskiej gotują rozprawy,
Bo im na lądzie byliśmy za twardzi.
Skarus.  Bić się będziemy na lądzie i morzu.
Antoniusz.  Chciałbym ich siekać w ogniu i powietrzu.
Oto jest plan mój: wszystkie piesze pułki
Zostaną z nami na wzgórzach sąsiednich,
Stamtąd zobaczym, jak się flota sprawi,
Która wypływa z portu na mój rozkaz.

(Wychodzą. — Wchodzi Cezar na czele armii).

Cezar.  Stójcie spokojnie; czekajcie, aż pierwszy
Rozpocznie atak, na co się nie skusi,
Bo jądro sił swych posłał na galery.
Idźmy, rozwińmy pułki na równinie.

(Wychodzą. — Wracają: Antoniusz i Skarus).

Antoniusz.  Dotąd dwie floty nie zwarły się jeszcze.
Widzisz tę sosnę? Dobry stamtąd widok,
Tam idę, wkrótce z nowinami wrócę. (Wychodzi).
Skarus.  Jaskółki sobie gniazdo ulepiły
Wśród samych żagli statku Kleopatry;
Dać tłómaczenia nie chcą lab nie mogą
Nasi wróżbiarze, lecz ponuro patrzą
I z wiedzy swojej robią tajemnice.
Antoni smutny mimo swej odwagi,
To pełny trwogi, to pełny nadziei
Na widok tego, co ma, czego nie ma.

(Słychać w odległości wrzawę morskiej bitwy, wraca Antoniusz).

Antoniusz.  Wszystko stracone! Zdradziła mnie podle
Ta Egipcyanka. Flota się poddała.
Majtki czapkami rzucają do góry
I piją razem, jakby przyjaciele
Po długich latach rozbratu złączeni.
To ty, potrójna podła wszetecznico,
Ty mnie przedałaś temu dzieciuchowi!