Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/44

Ta strona została przepisana.
—   34   —

Pani Page.  Dokądże to, Jerzuniu? Słuchaj tylko.
Pani Ford.  Co ci się stało, słodki Franusiu? Skąd ci przyszła taka melancholia?
Ford.  Melancholia? Ani mi się marzyło o melancholii. Wracaj do domu.
Pani Ford.  Widzę, że ci się znowu coś w głowie uburdało. Czy chcesz iść ze mną, pani Page?
Pani Page.  Chętnie. — Czy wrócisz na obiad, Jerzuniu? (Do pani Ford na stronie) Czy widzisz, kto się tam zbliża? To będzie nasz posłaniec do tego kapcana rycerza.

(Wchodzi pani Żwawińska).

Pani Ford.  I ja też o niej myślałam; to właśnie kobieta do takiej sprawy.
Pani Page.  Idziesz w odwiedziny do mojej córki Anusi?
Żwaw.  To był mój zamiar. Powiedz mi, proszę, jak się ma moja dobra panna Anna?
Pani Page.  Chodź z nami, a sama zobaczysz. Będziemy miały o czem gadać z tobą przez jaką godzinę.

(Wychodzą: panie Page, Ford i Żwawińska).

Page.  O czem tak dumasz, panie Ford?
Ford.  Czy nie słyszałeś, co mi ten łotr powiedział?
Page.  Słyszałem, a i ty zapewne słyszałeś, co mi powiedział jego kompan?
Ford.  Jak myślisz, jestże w tem co prawdy?
Page.  Na szubienicę z tymi hajdamakami! Nie przypuszczam, aby kawaler podobne miał zamiary. Panicze, którzy go oskarżają o zasadzkę na nasze żony, to parka sług jego odegnanych; wierutne hołysze od czasu, jak są bez kondycyi.
Ford.  To byli jego ludzie?
Page.  Niema wątpliwości.
Ford.  Mimo tego, nie lepiej sprawa mi ta smakuje. Czy mieszka pod Podwiązką?
Page.  Jak powiedziałeś. Gdyby zamierzył wyprawę na moją żonę, wypuściłbym ją na niego, a jeśli zyska od niej co więcej, jak ostre słowa, będę to nosił na głowie.
Ford.  I ja też nie podejrzewam mojej żony, nie chciałbym jednak zostawić ich sam na sam. Zbytek ufności