Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/146

Ta strona została przepisana.


kojnym stanie, aż by śmierć nastąpiła; na to według ogólnej zgody nie trzeba było czekać dłużej nad kilka minut. Postanowiłem atoli przemówić do niego raz jeszcze i powtórzyłem tylko pierwotne pytanie.
Gdy mówiłem, wyraźna zmiana wystąpiła na twarzy śpiącego. Oczy rozwarły się zwolna, a źrenice zniknęły w górze; cała skóra przybrała trupie zabarwienie nie tyle podobne do pergaminu co do białego papieru; a koliste plamy hektyczne, wyraźne do tej pory na środku policzków, zgasły natychmiast. Używam tego wyrażenia, gdyż chyżość ich zniknięcia przypomniała mi zupełnie zdmuchnięcie świecy. Górna warga odsłoniła równocześnie zęby, które pokrywała zupełnie; dolna szczęka opadła gwałtownie zostawiając rozwarte szeroko usta, i odsłaniając nabrzmiały, zczerniały język. Zdaje mi się, że żaden z obecnych nie był nieprzywykły do widoku śmierci spokojnej; ale wejrzenie p. Valdemara było tak niewypowiedzianie straszne, że nastąpiło ogólne cofnięcie się od łóżka.
Czuje, że doszedłem do tego punktu opowiadania, przy którym każdy czytelnik poczuje się skłonnym do niewiary. Ale zadaniem mojem jest ciągnąć rzecz dalej.
Pan Valdemar nie zdradzał najsłabszych śladów żywotności, uważając go za zmarłego, chcieliśmy go powierzyć opiece służby, gdy język zdradzał silne drżenie, trwające może minutę. Po tym czasie