Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/166

Ta strona została przepisana.


dostał napadu gorączki. Wiedziałem dobrze, co on chciał mi dać do zrozumiemia. Wiatr, który nas obecnie popychał, dął w kierunku Strömu, i nic nas nie mogło ocalić.
— Pojmujesz pan, że w przepływaniu przez kanał Strömu posuwaliśmy się daleko po nad wirem, nawet w czas najspokojniejszy, a i wtedy musieliśmy czekać na ciszę, — ale teraz szliśmy prosto na wir i to z chyżością huraganu. Myślałem, że nadpłyniemy właśnie na czas ciszy i w tem czerpałem otuchę, ale w następnej chwili przekląłem swą wielką głupotę, która pozwalała mi jeszcze mieć nadzieję. Wiedziałem przecie, że los nasz był rozstrzygnięty.
— Tymczasem pierwsze natężenie burzy ustało, albo też może nie czuliśmy jej tak bardzo, jak poprzednio, gdyśmy sunęli tak szybko, ale w każdym razie bałwany, które pod wpływem wiatru trzymały się nisko, podniosły się obecnie w pieniące się góry. Dziwna też zmiana zaszła na niebie. Naokół we wszystkich kierunkach panowała jeszcze zupełna czarność, ale nad głową niemal wystąpiła nagle kolista szczelina czystego nieba — czystego i ciemno błękitnego, a przez nią zajaśniał księżyc blaskiem, jakiego poprzednio nigdy nie widziałem. Wszystko wokoł nas zostało bardzo wyraźnie oświecone, ale o Boże, jakąż ujrzeliśmy scenę!
— Chciałem przemówić do brata, ale w niewytłómaczony dla mnie sposób hałas tak wzrósł,