Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/168

Ta strona została przepisana.


miejsca rozpoznał. W przerażeniu przymknąłem oczy. Powieki zacisnęły się spazmatycznie.
Nie więcej niż w dwie minuty potem uczuliśmy że fale opadają, a piana okryła nas. Łódź uczyniła szybko pół zwrotu, a potem pomknęła w nowym kierunku z szybkością pioruna. W tejże samej chwili ryk wody utonął zupełnie jakby w przeraźliwym pisku podobnym do dźwięku, któryby wydały świstawki tysięcy parowców. Znajdowaliśmy się obecnie w pasie otaczającym wir; sądziłem tez, że w następnej chwili stoczymy się w przepaść, — którą w dole mogliśmy widzieć tylko niewyraźnie z powodu nadzwyczajnej chyżości z jaką obracaliśmy się. Łódź nie zdawała się wcale zanurzać w wodę, lecz unosić się jak bańka powietrzna na powierzchni wzburzonych wód. Na zewnątrz lodzi wzniósł się wał wodny pomiędzy nami a horyzontem.
— Może wydać się to rzeczą dziwną, lecz teraz, gdyśmy się znajdowali w paszczy wiru, czułem się spokojniejszym, niż wtedy, kiedyśmy się doń zbliżali. Postanowiwszy nie żywić już więcej nadziei, pozbyłem się znacznej ilości tej trwogi, która pozbawiła mnie równowagi. Przypuszczam, że rozpacz napięła mi nerwy.
— Choć to może wyglądać na przechwałki, ale mówię panu rzetelną prawdę; że zacząłem rozmyślać jak to musi być pięknie zginąć w taki sposób i jaką głupota z mej strony było myśleć